Święta z Leonem. Reklama w służbie Narodu.

Opublikowane przez Dariusz w dniu

Lubię oglądać dobre reklamy. Zwracam uwagę na montaż, scenariusz, grę aktorską, język. Jeśli spot mnie rzeczywiście zaczaruje, zaglądam – w miarę możliwości – za kuluary, szukając informacji, kto go nakręcił, gdzie i jakie ekipy przy tym pracowały. Chciałbym też powiedzieć, że mam pożółkły notes w wtartej skórzanej okładce  z adresami i telefonami najlepszych magików od produkcji i reżyserów, ale to akurat nie byłoby prawdą. Cyfra u mnie wygrywa z analogiem, przynajmniej w tym aspekcie.

Warto pracować z profesjonalistami. To przekłada się na efekt finalny widoczny na ekranie. Dobra ekipa kosztuje, ale warto zapłacić więcej jeśli wiemy, co chcemy osiągnąć i ważna jest dla nas jakość.

Mówiąc o zawodowcach – kilka dni temu (piszę to 25.12.2018) wpadłem w sieci na świeży, patriotyczny spot Polskiej Fundacji Narodowej. Użyłem sformułowania „zawodowstwo” wyłącznie w kontekście występującego w owym spocie człowieka, który jest bezdyskusyjnie profesjonalistą i jedną z ikon francuskiej kinematografii – Jeana Reno. Ten znakomity aktor, którego bogaty dorobek filmowy sięga końca lat 70’ i zawiera m.in. tak niezapomniane obrazy jak „Wielki Błękit”, „Leon Zawodowiec”, czy „Goście, goście”, tym razem wystąpił w świątecznym spocie promującym Polskę.

Nie jest to pierwszy romans aktora z polską reklamą – prawie 20 lat temu pojawił się w spocie promującym piwo EB, zanim jeszcze zniknęło na wiele, wiele lat z półek, ale to temat na osobny artykuł.

Wracając do świątecznego spotu: sprawnie nakręcony, z wdzięcznymi kreacjami Jeana Reno jako dziadka i uroczą, rozentuzjazmowaną wnuczką, zachęca do….  No właśnie, do czego konkretnie? Popatrzmy:

Nie mylcie jednak tej magicznej krainy, gdzie święta są piękniejsze, śnieg bielszy, ludzie bardziej serdeczni a choinki sięgają sufitów, z baśniową Narnią. Choć jej nazwa nie pada ani razu z ust aktorów, mowa oczywiście o Polsce. Cóż, widocznie taki był zamysł artystyczny, przecież w reklamie niekoniecznie trzeba wszystko dopowiedzieć i prowadzić widza za rękę. Nie mam zamiaru tu krytykować tego, to nie jest przedmiotem mojego „znaku zapytania”, który pojawił się po obejrzeniu wideo z panem Janem.

Naszła mnie zatem refleksja, znak zapytania nieśmiały – kto jest odbiorcą tego spotu, do kogo jest on kierowany? Do potencjalnych turystów zza granicy, zmęczonych życiem w odhumanizowanych metropoliach Europejczyków?  Doprawdy? Uwiedzeni kreacją i scenariuszem wykupią bilety lotnicze do Rzeszowa i ruszą pielgrzymować w Bieszczady na bezkrwawe łowy na „wilki jakieś”?

A może szukając odbiorców wcale nie musimy jechać nad Sekwanę, Tybr albo inną egzotyczną Tamizę? Jeśli przyjmiemy ryzykowne założenie, że odbiorcami spotu przedstawiającego Polskę piękną niczym ziemia obiecana mają być jej obywatele, cóż, może tak ma właśnie być? Tylko to chyba punkt wyjścia do niewygodnej dyskusji o różnicach między reklamą a propagandą – choć w zasadzie sprowadza się do jednego elementu – celowości. Ale zaparkujmy tu temat.

Czytam komentarze pod kanałem PFN i utwierdzam się w powyższej opinii, że odbiorcami mają być nasi krajanie. Wśród dziesiątek komentarzy – tylko nieliczne poczynione w językach innych niż lingua Mikołaja Reja, ale nie powinno to też chyba dziwić, bo widać że zagraniczne wersje językowe spotu dość słabo „dopalone” budżetem promocyjnym i zasięgi ograniczone.

W wypowiedziach internautów dominuje nuta pozytywna, granicząca momentami z euforią. Niejaki Matt Art pisze „Promujmy nawet ten krótki filmik moi kochani rodacy. Bądźmy dumni z naszego kraju, z naszej historii – niczego nam nie brakuje  !  Kiedyś zapatrzeni na zachód,  (teraz nie ma tam żadnych wzorców godnych naśladowania i nie wiem czy kiedykolwiek były) a teraz bądźmy wpatrzeni w nasz kraj,  odbudujmy ducha polskości w nas samych, który został zniszczony po II wojnie światowej […].”

Jest fala entuzjazmu, jest sukces. Tym większy, że to kolejny spot w dorobku PFN, do którego zaproszono międzynarodowe znakomitości.  Nie tak dawno, w listopadzie, polską rację stanu i 100 lecie odzyskania niepodległości promował Mel „Braveheart” Gibson. Cóż, aktor bezdyskusyjnie znany, choć może trochę razić, że ostatnio bardziej z kontrowersyjnych poglądów i niepoprawnie politycznych zachowań niż najnowszych obrazów, ale zostawmy ten wątek.  Ważne, że „Pasję” nakręcił (proszę wybaczyć, nie mogłem się powstrzymać).

Śledząc dość obficie powstające z ramienia PFN w 2018 r. materiały reklamowe promujące nasz ojczysty kraj, jego historię i wielkich Polaków, zobaczymy, że to nie koniec parady znanych zagranicznych twarzy. W ramach sierpniowych obchodów „Cudu nad Wisłą”, w rocznicowym spocie, historię przypomniał nam inna znana w świecie filmowym postać  – Liam Neeson. Piszę tu tylko o aktorach, choć kalejdoskop postaci zaproszonych do współpracy przy różnych wydarzeniach jest szerszy –  mistrz świata w boksie WBA/WBC David Haye (spotkany przeze mnie na starówce w Warszawie, nie wykorzystał możliwości selfie ze mną) czy kierowca rajdowy Mika Hakkinen. Niestety, klucz doboru tych postaci jest dla mnie ciut nieczytelny. Właściwie bardzo. Chcę jednak wierzyć, że to efekt starannie przeprowadzonych badań, których wyniki wskazały te właśnie osoby jako godnych nawiązania współpracy w określonym kontekście  – promocji naszego pięknego kraju i szerzenia narodowych wartości. W końcu tak działają zawodowcy, nieprawdaż?

Czy to źle, że w końcu zaczęły powstawać produkcje, których zadaniem ma być ewangelizowanie świata o Polsce? Myślę, że nie. Ba, jestem przekonany, że jest to potrzebne, tym bardziej że patrząc wstecz, na ostatnie 20 lat – widzę przysłowiową ciemność, jak z „Seksmisji” wyjętą. Żadna ekipa nie zabrała się za ten temat solidnie, mieliśmy tylko radosną, zdezorganizowaną twórczość i projekty powstające w ostatniej chwili. Oczywiście, zdarzały się fajne, ciekawe projekty przygotowane np. przez MSZ, ale to przysłowiowa kropla w morzu.

Cieszę się, że dostrzeżona została ta luka i coś się dzieje, nawet jeśli efekty nie zawsze są imponujące. Jak mawiał Robert Harold Schuller, mój ulubiony amerykański kaznodzieja: lepiej zrobić coś niedoskonale, niż doskonale nie zrobić nic. Z drugiej stron radość moją studzi szereg wątpliwości, czy piękne wideo z zagranicznymi gwiazdami powstają jako kolejne etapy realizacji przemyślanej, długofalowej strategii? Czy też może jest to działanie ad hoc, jako efekt wyraźnych, konkretnych zleceń? Pamiętajmy, że to są bardzo kosztowne produkcje, za które płacimy wszyscy. Tak, tak, Pan płaci, Pani płaci, społeczeństwo płaci za gościnne występy Leona Zawodowca w biało-czerwonej scenerii.

Pal licho, jeśli to rzeczywiście jest na międzynarodową promocję kraju. Znacznie gorzej, jeśli płacimy krocie Williamowi Wallace’owi aby przekonywał nas, że tylko pod rządami Anglików Szkocja jest prawdziwie wolnym i szczęśliwym krajem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *